Wojna obronna w słusznej sprawie. Co mają ze sobą wspólnego wydarzenia września 1939 roku ze studenckimi zmaganiami?

Osiemdziesiąt jeden lat temu Polska znajdowała się w drastycznym położeniu – w czasie kampanii wrześniowej 1939 roku, przeciw niej stali, jakby na to nie spojrzeć, sąsiedzi. Oprócz Niemiec w pierwszych dniach wojny  przeciwko naszemu państwu wyruszyła w bój Słowacja (Armia Polowa Bernolak).

W jakimś sensie podobne wnioski mogli wysuwać studenci, podchodzący w ostatnim czasie do egzaminów. Byli cierpiącymi i coraz bardziej zrujnowanymi (nauką a później zaliczeniami) jak Polska. A w czasie egzaminu dyplomowego mieli naprzeciw siebie komisję „okupującą” i chcącą wiedzieć… w zasadzie wszystko.

Jak wyglądało to 81 lat temu? Krótkie przypomnienie historyczne.

Cały wrzesień 1939 roku obfitował w mnóstwo najczęściej mało chlubnych wydarzeń. To oczywiście fakt wybuchu II wojny światowej – zbombardowanie przyczółki    mostu kolejowego w Tczewie, czy najbardziej znamienne i symboliczne ostrzelanie Polskiej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte.

13 września 1939 roku najważniejsza w Polsce rzeka – Wisła – na odcinku między miejscowościami Annopol i Solec – została sforsowana przez wojska niemieckie. Obrona tego terenu przez Polaków zakończyła się niepowodzeniem. Wojska Litwy nie zgodziły się z sugestią Niemiec, aby również uderzyć w nasze państwo.

Dlaczego wyróżniłam graficznie ostatnie kilka słów?

Wyjaśnię w drugiej części wpisu.

Egzamin dyplomowy jak druga wojna obronna. Współczesne wspomnienia studenckie.

Egzaminy dyplomowe, czy to licencjackie czy magisterskie, potocznie nazywane są obronami wcześniej napisanych prac. Stąd też moje zestawienie wydarzenia z mojego życia z sierpnia właśnie z wrześniem 1939 roku.

ink-295318_1280

Rzeczywiście, egzamin miał swego rodzaju „wojenny” wydźwięk.

W końcu strachem napawał już fakt koniecznego reżimu sanitarnego.

W czasie jednego z egzaminów nie pojawił się członek komisji, ponieważ miał kontakt z osobą zarażoną nieszczęsnym koronawirusem. Komisja i zestresowani studenci w maseczkach i na odległość. To tylko tło.

distance-5003595_1280

W przypadku mojego oprócz (momentami podchwytliwych) pytań z pracy i ogółu studiów ogromną rolę odegrał stres. Plątał i związywał język.

Z jego powodu bałam się, że moje studenckie Westerplatte może być zrównane z ziemią. Każda z osób z mojej grupy seminaryjnej miała co do swojego egzaminu podobne  obawy.

Na szczęście – komisja egzaminacyjna to nie roboty – a LUDZIE! Pytania pomocnicze skierowane do niektórych z nas i doprecyzowanie niektórych zagadnień pomogło nam wyjść… ze zgliszczy. 🙂

Dzięki temu wszyscy studenci wyszli ze „szklanego domu” Wydziału już jako ludzie z WYKSZTAŁCENIEM  WYŻSZYM I STOPNIA. Każdy z większa lub mniejszą radością… Ale zwycięsko – z tarczą :). I to najważniejsze.

Myślę, że ten trudny czas można spokojnie podsumować słowami Jana Pawła II z Westerplatte właśnie.

„Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można zdezerterować (…)”.

Myślę, że nikt z nas nie żałuje, że nie zrezygnował. J Właśnie dzięki temu czujemy się dziś wolni w wyborze dalszej drogi naukowej. 🙂

Na koniec zapraszam do czytania.

Warto walczyć w słusznej sprawie. O wszystko – wolność, honor… otwarty, wolny, młody umysł.

Podchodzisz pod drzwi Sali egzaminacyjnej jak na wojenne rozstrzelanie.

To nie wrogowie, To tylko komisja. Bez strzałów i bombardowań. To tylko i wyłącznie pytania egzaminacyjne.

 Choć boisz się jak przesłuchania, nie dostaniesz w tył głowy. Zastanowiłeś się i po odpowiedzi wyszedłeś wolny.

Zapraszają na podanie wyników. Nie, nie do gazu. Maseczki oznaczają coś zupełnie innego.

Czekasz. Nie wiesz, czy wyjdziesz wolnym i… wyższym o wykształcenie.

Wynik pozytywny. Ale nie, nie, nie oznacza skierowania na kwarantannę. Pali zielone światło dla Twojej dalszej przyszłości.

Wygrałeś wojnę obronną w słusznej sprawie.  

Postulaty wolności! O ludziach Solidarności i przełomowych sierpniowych tezach w 40. Rocznicę porozumień sierpniowych.

.Sierpień ’80, jego ostatni dzień w szczególności… Dla wielu młodych ludzi to tylko opowieści dziadków, rodziców… Ilu z nas zastanawia się, co właściwie oznaczały porozumienia sierpniowe? Jakie miały założenia, a jak odbierane są dziś?

Wolność ma kolor… zielony. Literacki spacer po „prowincjonalnym” stuletnim Parku Wolności – słynnej „Strzelnicy”.

Obecna niepewna sytuacja epidemiczna nie zachęca do zbyt dalekich wyjazdów. Wielu z nas pozostaje w swoich miejscowościach. Ja właśnie dzięki temu w ostatnim czasie „odkryłam na nowo” jeden z zakątków Pabianic – Park Wolności. 🙂

Albumy pełne muzycznych pocztówek. Które z nich miały wpływ na „prowincjonalną” nastolatkę, a później studentkę? (cz.12-23/23)

W moim życiu muzyka pełni wyjątkowo ważną rolę. W zasadzie kształtowała i kształtuje we mnie… typową kobietę. 🙂 Przeszłam jak dotąd fascynację tak różnymi  gatunkami muzycznymi, że… jest wyjątkowo kolorowo. 🙂

A dziś chciałabym opowiedzieć o kolejnych „mających na mnie wpływ” albumach.

Wierność polskiej klasyce. Czy opłaca się pozostawać muzycznie… pokolenie do tyłu?

Jak już na pewno zauważyli Czytelnicy bloga, mam szczególną słabość do klasyki polskiego rocka. „Katowałam” albumy z muzyką tego gatunku niemal w każdej formie. Pierwszą płytą winylową, na jaka udało mi się namówić tatę, był album byłego wokalisty Budki Suflera, zatytułowany po prostu „Felicjan Andrzejczak”. Okazało się, że 10 lat starsza ode mnie płyta winylowa jest skarbnicą często bardzo niedocenionych, naprawdę pięknych utworów. Pomieszanie nastroju nieszczęśliwej „teatralnej” miłości („Trzeci akt”), porwania do delikatnego walca („Zawsze ten sam”), czy też rozmyślenie nad codziennością („Siedem nocy”). Niby nic takiego, ale.. sprawiło, że wręcz zakochałam się w twórczości artysty i zaczęłam tworzyć własną winylową płytotekę.

No i co jest bardzo ważne – album jest efektem współpracy genialnego Wokalisty z takimi mistrzami jak: Jarosław Kukulski i Ryszard Sygitowicz (kompozycja), Janusz Kondratowicz czy Jonasz Kofta (teksty).

(link do całego albumu, nie umiałam wybrać jednej piosenki – wszystkie są GENIALNE 🙂 )

Idąc tropem mistrzów polskiego rocka, spośród bardzo ważnych dla mnie albumów warto wyróżnić twórczość Budki Suflera, choć miałam niemały problem z ustaleniem, który z albumów zapisał mi się w pamięci najbardziej. Przyjrzałam się więc datom wydania płyt i stwierdziłam, że bliska może mi być płyta „Nic nie boli tak, jak życie”. W końcu to mój album – bliźniak (wydany w 1997 roku). J Utrzymana w przyjemnie rockowo-gitarowym klimacie płyta zawiera m.in. słynne „Takie tango” czy też bardziej melancholijne „Jeden raz” lub „Nową wieżę Babel”, które wzruszały i dały do myślenia. A myślą na przykład o utworze „Głodny” nadal się uśmiecham… 🙂

Pozostając nadal w temacie Budki Suflera, a zmieniając nośnik z CD na DVD – hitem wręcz dla całej mojej rodziny J, a także dowodem na to, że zespół jest generalnie strzałem w dziesiątkę 🙂 , jest koncert Suflerów na Przystanku Woodstock w 2014 roku. Zapowiadający odejście zespołu ze sceny występ okazał się niemal LEGENDĄ, bo trudno mi nawet po kilku lat znaleźć lepsze określenie. Ponownie odkryłam „Głodnego” czy „Sen o dolinie”, które miały szanse rozkochać w sobie młodzież… ale prawdziwym ARCYHITEM  okazała się „Jolka” w wykonaniu Felicjana Andrzejczaka. Choć cały koncert na pewno z (przynajmniej części) młodzieży miał szansę uczynić fanami Budki, tutaj… okazało się, że blisko poł miliona młodych ludzi zna szlagier, przy którym swoje pierwsze miłości mogło przeżywać pokolenie ich rodziców. Do dziś naprawdę szczerze żałuję, że nie było mnie tam. Nadal mam dreszcze słuchając w szczególności tego utworu… 🙂 )

Czas na kolejny wyjątkowy album przenoszący do młodości moich rodziców J, choć, mówiąc szczerze, nie pamiętam dokładnie, w jakim byłam wieku, gdy tak bardzo się nim zachwyciłam. Oddział Zamknięty ze swoim debiutanckim winylowym albumem o tym samym tytule z 1983 roku. Choć była to, jak wspomniałam, pierwsza płyta warszawskiej grupy rockowej, okazało się, że jest to zbiór samych przebojów – zarówno świetnie znanych jak „Obudź się”, „Party” czy „Na to nie ma ceny”, jak i „undergroundowych”, np. „Odmienić los”. Kolejna płyta, która zdecydowanie utwierdziła mnie w przekonaniu, że pod względem muzycznym spokojnie mogłabym należeć do pokolenia rodziców. 🙂

Bardzo podobną misję spełnił album „Perfect” grupy… Perfect. 🙂 Wydany 39 lat temu, nie mógł być im obojętny, gdy byłam nastolatką. Okazało się, że znałam już cały winyl na pamięć… zanim jeszcze go pierwszy raz odtworzyłam. J Szlagiery jak swego rodzaju protest song „Chcemy być sobą” albo pocieszanka „Nie płacz Ewka” zapisały się w mojej pamięci już lata temu, głównie dzięki tacie. J A później sprawiły, że od 2015 roku kilka z koncertów grupy nie mogło się odbyć bez obecności naszej rodzinnej ekipy… 🙂

Inną bardzo ważną płytą, dzięki której uzyskałam kolejną „miłość” spośród wykonawców polskich lat 80., jest wydana 33 lata temu „Europa i Azja”, czyli debiut grupy Sztywny Pal Azji. Jest to jeden z tych albumów, które już od pierwszego przesłuchania zajmowały u mnie miejsce na podium,J Dzięki skatowanemu przeze mnie w ostatnim czasie winylowi poznałam sporo utworów, które mogłyby stać się spokojnie prawdziwymi przebojami J, prócz mających już ten status „Wieży radości, wieży samotności” i „Spotkania z…”. Słuchając utworu „Twoja imitacja” przypomina mi się trochę motyw „theatrum mundi”, o którym kiedyś pisałam. J Nie ma czegoś takiego jak imitacja człowieka! Nastrój poprawia choćby, jak ja to nazywam, „proekologiczny” utwór „Rock’n’rollowy robak”… 🙂 Proszę się wsłuchać – czy nie przekazuje on postulatów o ochronie środowiska? 🙂 Przecież ten „dom” wspólny dla nas i „robaka” to… nasza piękna planeta!

To nie jedyne hity, które zawarte są na winylu z czerwoną okładką… 🙂

„Wybuchowa” mieszanka stylów muzycznych. Najnowsze odkrycia i zachwyty płytowe. 🙂

W ostatnim czasie dość mocno „namieszałam „ w ulubionej muzyce, a tym samym, płytach. Słucham stylów muzycznych w sumie niepasujących do siebie nawzajem ani trochę… J Tak dla przykładu już w czasach studenckich zachwyciłam się twórczością Macieja Zembatego i Leonarda Cohena. Poskutkowało to w sumie zupełnie przez przypadek zakupem winyla „Alleluja” z tłumaczeniami na język polski utworów Cohena w wykonaniu Macieja Zembatego. W realizacji albumu wziął m.in. udział John Porter. Na płycie odnaleźć można słynne nastrojowe ballady – „Tańcz mnie po miłości kres” – czyli tłumaczenie „Dance me to the end of love” (to chyba w ogóle pierwsze tłumaczenie poezji Cohena, jakie w życiu usłyszałam J ). Odkryłam wtedy takie utwory jak” „Jeśli wola Twa” („If you will”) czy też „Dzisiaj tu, jutro tam” („Passing Through”). Do dziś zachwyca mnie piękne dopasowanie tłumaczonych na język polskie słów do melodii słynnych utworów… 🙂

Pozostając w klimacie lżejszej, bardziej poetyckiej twórczości, postanowiłam również pewnym młodym muzykom… zajrzeć do dowodów 🙂 i zakochać się w jednym z polskich zespołów jeszcze bardziej. Znów dzięki (dawnemu) Woodstockowi. Koncert Kwiatu Jabłoni na małej scenie zeszłorocznego Pol’and’rock był pierwszym krokiem do całkowitego zachwytu czymś kompletnie innym niż przez większość życia. 🙂  Dla mnie było to pierwsze spotkanie z twórczością zespołu… a jednak publiczność festiwalowa znała teksty na pamięć… 🙂 A pomyśleć, że nie było potrzebne wiele, by porwać za sobą naprawdę ogromny tłum młodych ludzi. Przyjemne, współgrające głosy, mandolina i klawisze..  a może to po prostu kwestia muzykalności w genach? J Po  raz kolejny na Najpiękniejszym Festiwalu Świata okazało się, że… MOŻNA! J I to JAK!!

Czas teraz na zmianę „frontu” brzmieniowego i… czasowego. 🙂 Ostatnio znów powróciłam muzycznie do lat 80. Ubiegłego wieku i nurtu nowej fali. Kilka z płyt utwierdziło mnie w przekonaniu, że to właśnie BARDZO DOBRY MUZYCZNY WYBÓR! Krążyłam (i krążę J) w tym temacie między Wielką Brytanią a Polską.

Pierwszą płytą zagraniczną w tym klimacie była winylowa składanka zespołu Classix Nouveaux zatytułowana „Classics”. Wydana w 1983 roku w polskiej wytwórni Tonpress  płyta o brzmieniu (jak przystało na nowofalowe „new romantic”) nieco mrocznym – gitarowo-klawiszowym. Połączenie z genialnym głosem wokalisty – Sala Solo – jest czymś, co kompletnie zdobyło moje serce… przez uszy… J  Choć nie da się ukryć, że mogę być jedyną osobą w rodzinie o takich upodobaniach muzycznych… J Ale cóż z tego. Niektóre „mechaniczne” dźwięki („The Robots Dance”) lub zabarwione kryminalnie J (w teledysku „The End.. or The Beginning”) przenoszą jakby w inny muzyczny wymiar… 🙂

Nastrój nowofalowy udzielił mi się również przy odkrywaniu polskich albumów. Jednym z nich był debiutancki winyl Brygady Kryzys – po prostu „Brygada Kryzys” lub potocznie (ze względu na kolor okładki) „czarna Brygada”. Był to pierwszy w Polsce album punkrockowo-nowofalowy. Zawarł takie utwory jak „Centrala” (coverowana z czasem nawet przez Arkę Noego) czy też anglojęzyczne „Fallen fallen is Babylon” lub ponownie polskie, trochę „ostrzejsze” –  „Przestań śnić”. 🙂 Cały album wywołuje specyficzny nowofalowy „dreszczyk”… 🙂

Na koniec dwa albumy, które łączy osoba (wspaniałego J ) wokalisty – „Nowe sytuacje” Republiki oraz debiutancka płyta solowego projektu Grzegorza Ciechowskiego„Obywatel GC”.

„Nowe sytuacje” wprowadziły mnie mocno w brzmienie Republiki, choć byłam nią zachwycona nią już od kilku lat. Wsłuchałam się po prostu teraz mocniej w mniej znane utwory – w niektórych przypadkach musiałam się uważnie skupić na słowach piosenek. I po raz kolejny dotarło do mnie, że nowa fala ma w sobie COŚ, co „kupiło” mnie całkowicie pod względem muzycznym. Dopiero dzięki tym płytom zauważyłam, jak niesamowitą dykcją odznaczał się Grzegorz Ciechowski. 🙂 W połączeniu z nowofalowymi gitarami i klawiszami – coś przepięknego. J Choć widomo, nowa fala jest czymś, co trzeba naprawdę lubić… 🙂

Jak widać po opisanych dziś albumach, które mnie „ukształtowały”… Byłam i jestem człowiekiem bardzo zmiennym J. Ale któż wie… może zachęcę kogoś z Czytelników do sięgnięcia po któryś ze wspomnianych albumów? W końcu liczy się w życiu… różnorodność. 🙂

Na koniec zapraszam do czytania.

Warto czasem podróżować muzycznie w czasie. Pokolenie naszych rodziców miało młodość inną… i pięknie dźwięczną.

Artyści z doświadczeniem życiowym i muzycznym… czarują coraz młodszych z kolejnych czarnych i srebrnych płyt.

Poetyka współpracuje z tajemniczym klawiszem. Od pierwszych dźwięków niektórzy porywają tłumy. Nie byle jakie, bo… przedstawicieli kolejnych zasłuchanych pokoleń.

Niektórzy wynoszą talenty w genach. Nagrywają kolejne dźwięki i porywają muzyczne dusze innych. Komuś innemu bliżej do poezji i spokoju. Winyle na mniejszych obrotach łączą poezję z czernią nośnika.

Czasem odpowiada nam podróż do czasów, w których jeszcze nas nie było… A istniała  już gama dźwięków, które latami słuchowo nas ukształtowały.  

Charakter i wspomnienia kształtowane… albumami muzycznymi. Które z nich uczyniły ze mnie melomana? Notowanie urodzinowe. (cz. 1-11/23)

Już niejednokrotnie udowadniałam we wpisach na blogu przez ostatnie dwa lata, że muzyka jest dla mnie szczególnie ważną gałęzią sztuki. Dokładnie rok temu pisałam o zespołach, których twórczość „wyczuliła” mój słuch na piękno muzyki.

Teraz chciałabym w dwóch wpisach opowiedzieć o albumach, które kształtowały mój muzyczny „charakter”.

Dwie mądrości – jedna relacja. Jak prawdziwa przyjaźń między ludźmi ukazywana jest w Biblii, a czym jest… w przysłowiach i przekazie ludowym?

Przyjaźń. Któż z nas jej nie zna? Zaufanie drugiej osobie, powierzanie sekretów i… pewność drugiego człowieka.

Momentami kapryśna („przyjaźń” to słowo rodzaju żeńskiego, a wiadomo przecież z opery Giuseppe Verdiego Rigoletto, że Kobieta zmienną jest 🙂 ),… a jednak potrzebna.